Pani Wanda nie jest zwykłym człowiekiem. Dziesięć lat temu została częściowo sparaliżowana przez źle wykonany zastrzyk w kręgosłup. Przez osiem lat walczyła, aż wygrała…sumę, która wystarczyła na opłacenie adwokatów oraz miesięczną rentę, pokrywającą koszta dwóch wizyt przychodzącej znacznie częściej rehabilitantki.
To dzięki swojej rehabilitantce pani Wanda nie straciła chęci do życia, zyskała nową pasję, a przede wszystkim jest w stanie chodzić (początkowo poruszała się na wózku, później o kulach, teraz o jednej albo z kijkami do nordic walking).
Mimo tylu przeciwności losu pani Wanda jest szczęśliwą osobą. Ma wspaniałą rodzinę. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że to słowo podczas wojny nabrało dla niej dużo szerszego znaczenia…
Nasze spotkanie z panią Wandą zostało zaplanowane na sobotnie południe (8 maja 2010), w jej małym, przytulnym mieszkaniu. Nie wiedząc, co nas czeka, wyruszyliśmy (ja i Zosia) o 10:47 pociągiem z Józefowa. Słoneczna pogoda wprawiała nas w dobry nastrój. O 11:18 wysiedliśmy na dworcu wschodnim. Tam zmieniliśmy środek transportu na autobus, który prowadził nas w kierunku bardzo lubianym przez moją koleżankę. Z Saską Kępą, bo tam właśnie mieścił się cel naszej podróży, Zofia wiązała mnóstwo wspaniałych wspomnień. Podczas krótkiego spaceru wspólnie zastanawialiśmy się, czy dzisiejszy dzień zapisze się wśród nich.
Trafiliśmy na nowoczesne osiedle, gdzie w jednym z bloków znaleźliśmy drzwi z numerem 101. Ten moment był dla nas nieco stresujący, ale z chwilą otwarcia drzwi przez naszą Sprawiedliwą poczuliśmy silną więź – jakbyśmy od dawna znali tę osobę.
Po przemiłym powitaniu pani Wanda zaprosiła nas do kuchni, gdzie, czekając na Agnieszkę (najstarszą wnuczkę), z zainteresowaniem słuchała, jak odpowiadaliśmy na jej pytania.
Gdy Agnieszka przyjechała, rolę się zamieniły. Efekty tej rozmowy zamieszczać będziemy chronologicznie na stronach. tw